Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

Sierpień 19, 2019 | Imieniny: Boleslawa, Juliana

Przewiń do góry

Góra

Brak komentarzy

Miłośnik Jarosław i trudna Małgorzata

Miłośnik Jarosław i trudna Małgorzata

| Dnia 15, Sie 2019

 

Jarosław Szmytka to miłośnik gór wysokich, a zarazem fan piłki nożnej, szczególnie kibicuje klubowi „Orzeł” Piątkowisko. Jego pierwszym zdobytym szczytem był masyw Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). Kolejne wejścia to Grossglockner (3798 m n.p.m.), Mt. Blanc (4808 m n.p.m.), Gran Paradisco (4061 m n.p.m.), Kazbek (5033 m n.p.m.), Elbrus (5642 m n.p.m.) oraz najwyższy ze zdobytych do tej pory – Aconcagua (6960 m n.p.m.).

W marcu wyruszył do Ugandy i zdobył Margherita Peak (5109 m n.p.m.). O trudach wspinaczki opowiada naszym czytelnikom.

9 marca lotami z Warszawy przez Wiedeń, Addis Abebę, dotarłem do Entebbe w Ugandzie. Moim celem było zdobycie trzeciej co do wysokości góry Afryki, czyli Szczyt Małgorzaty o wysokości 5109 m n.p.m. O górze wiedziałem tyle, że jest bardzo malownicza i ciekawsza od Kili (Kilimandżaro).

Muszę jednak wspomnieć o nieciekawym incydencie, do którego doszło zanim zacząłem wspinaczkę. Po wylądowaniu na lotnisku w Etiopii, a leciałem liniami Etiopian Airlines, przetrzymano nas ponad trzy godziny na płycie lotniska w samolocie lecącym do Ugandy. Po kilku godzinach dowiedziałem się, że lot, który był przed nami do Nairobi w Kenii, zakończył się tragicznie. A ja widziałem tych ludzi wchodzących na gate… Do dziś zastanawiam się, dlaczego tamten samolot, a nie mój. Nienawidzę latać.

Ale do rzeczy. Lądowanie w Entebbe już bez formalności, bo wisa załatwiona była on-line. 40 stopni Celsjusza i świergot żółtych ptaków na lotnisku. W hotelu wszechobecna ochrona z długą bronią z ostrymi nabojami.

Masyw Stanleya, góry Księżycowe i dwa ich najwyższe wierzchołki – Ola i Małgorzata, ta druga była moim celem. Góra przepiękna krajobrazowo, leżąca praktycznie na równiku z dwoma lodowcami. Dojazd do podnóża góry to praktycznie 12 godzin safari, gdyż teren Ugandy pokrywają w większości parki narodowe. Zatem przed naszymi land cruiserami przebiegały od czasu do czasu antylopy, bawoły, małpy i słonie.

Góra dziewicza. Pusto. Cisza i spokój. Kilku Niemców, są też Izraelczycy. I to nie z zamiarem wejścia na szczyt, tylko raczej obejścia, tzw. RMS (Central Circuit Trail).

Rozpoczynamy podejście 7 dni.

Strumienie, rzeki, kameleony, małpy, bambusy, everlasting flowers. Słowem zieleń wokoło i błękitne niebo nade mną. Podejść do obozu szczytowego na Elenna Hut 4541 może każdy. Jeśli tylko będzie miał takie marzenie. Do wysokości 4500 m n.p.m. rozciągają się bagna. Zakupione w składnicy harcerskiej tzw. wodery okazały się absolutnie niezbędne. Przy pechu i nieodpowiednim ustawieniu nogi wpadało się po pachwiny w błoto. Samo podejście bardzo proste. Ciekawe, malownicze.

Noc przed atakiem szczytowym. Kłębią się myśli, co tam mnie spotka, czy wejdę, czy zejdę. Nie mam pojęcia o trudnościach. Uznałem ten wyjazd za przygodę. Założyłem – po raz kolejny błędnie – że to łatwa góra, a zawsze sam do siebie mówię, że takich nie ma. To kolejna wyprawa przed marzącymi mi się Denali, Cho Oyu, Manaslu czy Everestem.

Noc przed wyjściem szczytowym nieprzespana. Ten typ tak ma. Z pozytywów. Apetyt dopisuje. Dużo jem, piję. Saturacja na niespotykanym poziomie. Wysoka. Prawie 90%. Przed atakiem szczytowym spada do 75. Nie jest źle. Dwoje z zespołu odpada. Mają na poziomie 50%. Lider odsyła ich na dół. Praktycznie nie powinienem się niczego obawiać, przewyższenie „raptem” 600 m. Niby co to dla mnie, jak na Ance (Aconcagua) miałem 1200 i byłem 2 km wyżej. Nie przeczuwałem i nie śniło mi się, jak trudny to będzie atak szczytowy i zejście.

Pobudka, 5.00 rano. Wyjście o 6.00. Późno. Zawsze byłem przyzwyczajony, że 23.00-1.00 w nocy. No, ale to przecież „tylko” 600 m. Załamuje się pogoda. Deszcz, grad, śnieg. Burza. Nie ma szans wyjścia. Mija godzina. Później druga. Czekamy. Zaczyna świtać. Jest decyzja – wychodzimy. Ja byłem pewien, że nic z tego nie wyjdzie. Mamy dzień zapasu. Poczekamy do jutra.

Stało się i idziemy. Skały śliskie, mnóstwo poręczówek. Praktycznie się czołgamy. Piotrek z zespołu mówi do mnie: „Jarek gdybym wiedział, zostałbym na dole”. Pomyślałem przez chwilę, że chyba ja też. Ale nie, przecież jestem tak blisko. Tyle przygotowań, treningów, no i pieniędzy. Afryka robi się coraz droższa. Wprowadzam do mojej głowy jedyną tam zasadę – TRZEBA IŚĆ.

Idę. Pierwszy etap to skały.

Gdyby nie deszcz i ciemność, zrobiłbym je w „pięć minut”. A tak schodzi to całą wieczność. Dochodzimy do pierwszego lodowca. Jest płaski. Zakładam raki. Poślizgnięcie się to praktycznie śmierć. Przechodzę lodowiec i widzę przed sobą plątaninę lin na długości 50 m. Tylu lin nie widziałem na żadnej górze, na której byłem. Zjeżdżam na „ósemkach”, raki i czekan cały czas przy mnie.

Kolejny etap to w zasadzie łatwe podejście po skałach bez możliwości odpadnięcia. Jestem pod drugim lodowcem. Piękny. Pionowy! W zespole mam najwięcej gór i byłem najwyżej. Ugandyjczycy biorą mnie na swoją linę. Ja to uwielbiam. Są szybcy. Dla mnie to zaszczyt. Okulary lodowcowe są teraz niezbędne. Wychodzi słońce. Bez nich straciłbym wzrok, tak jak w Austrii na Grosie.

Lodowiec. Poręczówki, śruby lodowe, raki, czekan – jestem w swoim żywiole. Wychodzimy ponad chmury. Były momenty przy przepinaniu się na kolejną linę, że jestem bez zabezpieczenia. Adrenalina.

Koniec lodowca. Widać szczyt. Gratulacje, uściski. Ja jestem pewien, że najgorsze za mną. Widoki. Afryka jak na dłoni. Nigdy, ale to nigdy nie przypuszczałbym, że 50 m podejścia zajmie mi jeszcze 3 godziny. Pierwszy etap. Trudny. Po skraju lodowca nad 300-metrową przepaścią. Dobrze, że mgła, to nie widać dna. Kolejne liny, wyciągi. Idę. Bardzo wieje.

Szczyt. Łzy. Zdjęcia.

Koszulka Pabianka i Orła Piątkowisko (została w Ugandzie. Cyprjano obiecał, że następny raz ubierze ją za miesiąc, kiedy będzie się wspinał ze Szwajcarami. Ma mu towarzyszyć w atakach szczytowych). Na szczycie byliśmy 15 minut.

Trzeba schodzić. Problemy na lodowcu już po ciemku. Niektórzy nie najlepiej sobie radzą. Pamiętam jak dziś. Przyszło mi do głowy, że gdybym miał przenocować na pionowej ścianie, to dałbym radę. Ciepła góra. Na innych mogłoby być kilka trupów. Na wyciągach o dziwo poszło sprawnie. Ale noc, zimno, burza, grad. Trzeba iść z odwróconą głową, bo strasznie siecze po twarzy. Po przejściu płaskiego lodowca pojawiają się skały. Uskakuje mi noga. Mówią mi później, że jak leciałem, to widać było za mną iskry. Na szczęście nic mi się nie stało.

Zejście na wyciągach zabiera bardzo dużo czasu. Jestem głodny, przemoczony, jest mi zimno. Czekam na dole, bo zjechałem jako czwarty. W górze widać jeszcze kilka czołówek.

Obóz. Szybka zmiana ubrań. Coś ciepłego do jedzenia. Mnie uratowały ananasy. Śpiwór i spać. Mieliśmy schodzić niżej, ale nikt z zespołu nie dałby rady. Sen w ciepłym śpiworku był wybawieniem. Tak, byłem tam i zrobiłem to. I cieszę się z tego. I dziś mam piękne wspomnienia. Zejście prościutkie.

Po wspinaczce przyszedł czas na zwiedzanie Ugandy.

Piękne kilkusetkilometrowe darmowe safari, tilapia, czyli ryba, szaszłyki, mango i ananasy. Dla mnie potrawy tam są najlepsze na całym świecie. Tak jak steki w Mendozie, arbuzy i melony w Gruzji czy ser i szynka w Chamonix, tak Ugandę będę pamiętał z bananów i ananasów. Gdyby im zabrali banany, to chyba umarliby wszyscy z głodu.

Dostałem pamiątkowy certyfikat, gdyż spędziłem trzy godziny na równiku. Cieszyłem się jak dziecko, gdy woda, spływając w lejku do wiadra: na półkuli północnej kręci się w prawo, a na południowej w lewo. Niestety, nie miałem pieniędzy na goryle w Kongo, bo to kosztuje 600 dolarów. Ale z Irlandczykiem pojechałem na całodniową wycieczkę po regionie. Odwiedziliśmy szkołę. Za datek 100 szylingów ugandyjskich 300 dzieci będzie miało wyżywienie na 3 dni. Tylu dzieci co w Ugandzie nie widziałem w innym kraju na całym świecie.

Zwiedziłem szwalnię i plantację bananów. Z nich robią sok, piwo i gin. Byłem na plantacji herbaty i kawy. Paliłem tam kawę i sam ją mieliłem. Byłem w wiosce ludzi lasu. Jestem oczarowany Ugandą.

Podsumowując.

Pojechałem zdobywać górę, bo chciałem być sam. Nie znałem oprócz lidera nikogo. Miałem tylko zapewnienie, że jadą wspaniali ludzie – miłośnicy gór. I tacy są. Potwierdzam.

Trzy miesiące później, w czerwcu spotkaliśmy się wszyscy razem na Śnieżce. Znów trzy dni razem w górach. Oni już wyruszyli na następne wyprawy. Ja czekam. O tym, czy dojdzie do skutku następna moja wyprawa, zadecyduje eMka.

Wstaw komentarz