Pamiętacie moją relację z wyjazdu na przejście graniczne w Zosinie? Pamiętacie dwie ukraińskie rodziny, o których Wam opowiadałam miesiąc temu? Pozwólcie, że wrócę do tej historii i przekażę Wam, co słychać u moich nowych przyjaciół z Ukrainy.
Na polsko-ukraińską granicę pojechałam w sobotę, 12 marca. Na przejściu granicznym Zosin-Uściług nie spędziłam zbyt wiele czasu. Jednak wystarczająco, by zrozumieć, czym jest dramat toczącej się tuż obok nas wojny. By zrozumieć dramat uciekających stamtąd ludzi. By zrozumieć dramat rozdzielonych rodzin. Zrozumieć dramat walki o swój kraj i swoją wolność. Zrozumieć śmierć, strach i ból.
Byłam tam wystarczająco długo, by na własne oczy zobaczyć, jak wygląda obozowisko dla uchodźców. By spojrzeć w oczy zdezorientowanym dzieciom i ich przerażonym matkom.
Przechadzałam się między namiotami i stoiskami. Widziałam sterty darów, walizki, samochody na ukraińskich blachach, grupy wolontariuszy, ratowników medycznych i policjantów. A przede wszystkim, widziałam cierpienie wypisane na zziębniętych twarzach.
Przez zupełny przypadek natknęłam się tam na srebrnego opla na pabianickich numerach rejestracyjnych. Zapukałam w szybę i zapytałam, czy mogę jakoś pomóc. Tak właśnie poznałam Leona, jego żonę Inę, ich synów Nazara i Maksima oraz Anię i Anhelę, żonę i córkę przyjaciela Leona. Z pomocą Michała Pietrzaka – naszego nieocenionego szefa pabianickiego sztabu WOŚP, od początku wojny mocno zaangażowanego w pomoc ofiarom wojny – oraz pracowników Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego zaczęłam szukać dachu nad głową nowym znajomym.
Swoją marcową opowieść zakończyłam na tym, że przemiły pan z PCZK znalazł Ani, Anheli, Leonowi, Inie, Nazarowi i Maksimowi mieszkanie w Brogach koło Dobronia. Jak to określił – istny cud. Pomogliśmy naszym nowym znajomym spakować się i wyruszyć do ich nowego domu. Wróciliśmy tam wieczorem. Przywieźliśmy jedzenie, ubrania, opał i zabawki. Dzieciaki uśmiechały się i bawiły. Anna, Leon i Ina stali się widocznie spokojniejsi. Odetchnęli z ulgą. Ciągle nam dziękowali.
Co dziś u nich słychać? Jak sobie radzą miesiąc po męczącej podróży do centrum Polski?
Piszę co kilka dni do Ani na Facebooku. Korzystam z internetowego tłumacza. Wysyłam swoje wiadomości po ukraińsku. 16 marca dziewczyny wyjechały do wsi Okołowice obok Łodzi. Anię przygarnęła koleżanka. „Tutaj jest dobrze, spokojnie i tak ciepło. Ludzie są dla nas dobrzy. Bardzo Ci dziękuję za wszystko. Niech Bóg Cię chroni” – napisała mi Ania. Te słowa to miód na moje serce. Często do nich wracam. Dają mi dużo szczęścia i satysfakcji. Satysfakcji, że udało mi się komuś realnie pomóc.
Mimo że Anna z córką wyjechały, to ciągle mają kontakt z rodziną przyjaciela ich męża. Leon i jego bliscy rozmawiają, widują i wspierają się z dziewczynami. On dalej pracuje w Dobroniu. Teraz mieszka razem z żoną i synami w Brogach. Opuścił ciasne mieszkanie w Pabianicach, które dzielił z kilkoma kolegami. Chłopcy uczą się zdalnie. Ina ma problem ze znalezieniem pracy. Pani Małgorzata, cudowna i zaradna gospodyni, u której znaleźli dach nad głową, stara się im pomóc jak najlepiej umie. Widzę na Facebooku jak codziennie rozpieszczana jest ukraińskimi smakołykami. Solianka, pielmieni. Mmm. Trochę zazdroszczę, gdy oglądam te pyszności na zdjęciach.
Anhela poszła do szkoły. Ania nie ma stałej pracy. Sprząta, opiekuje się dziećmi. Jest zadowolona. Jej mąż nadal pracuje w Ukrainie. „Ma tam spokojne miejsce. Codziennie dzwoni. Wiele firm, szpitali, przedszkoli działa. Jesteśmy bardzo smutni. Tęsknimy. Daj Boże, żeby ta wojna szybko się skończyła. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze” – napisała mi 13 kwietnia Ania.
Ja też mam taką nadzieję. Odpisuję, że bardzo mi przykro. Że trzymam za nich kciuki. Że liczę, że szybko znów się zobaczą i będą po prostu szczęśliwi. Na koniec dodaję: „Putin to zbrodniarz i morderca”.
Ania wyświetliła. Widzę, że odpisuje.
„Masz rację”.
Klaudia Kardas














i pięknie ❤️❤️❤️❤️
Super historia pięknie że udało się pomóc ????
Takich historii nam potrzeba ?
dobrze czytać ze wszystko pozytywnie się skończyło :))