• News will be here
  • O udziale w polskim „Dakarze” na wodzie rozmawiamy z pabianiczaninem Igorem Kłysem, na co dzień prezesem drukarni genesisart.pl i prowadzącym firmę jetskicamp.pl. W ostatnich Mistrzostwach Polski skuterów wodnych zajął 7. miejsce.

    Sporty ekstremalne to pasja?

    W życiu od zawsze towarzyszyła mi adrenalina. Nie mogę bez niej żyć. Jeżdżę motocyklem, quadem, na nartach, skuterach wodnych i autem terenowym na rajdach lub po prostu po godzinach pracy. Nie ma tygodnia, żebym nie wyjechał chociażby na jezioro lub w błoto, aby potrenować. Zarażam również tym moje córki, które ze mną jeżdżą i pływają. Starsza posiada quada, a za chwilę będziemy kupować crossa. Ale to po sesji szkoleń, które odbędziemy wraz z sekcją motorową PTC Jantoń, do której oboje ze starszą córką należymy.

    Od dawna uprawia pan sporty wodne?

    Od 14. roku życia. Zaczęło się od żeglarstwa. W wieku 17 lat posiadałem już patent sternika morskiego. Potem zrobiłem papiery na instruktora żeglarstwa. Później przyszedł czas na patenty motorowodne.

    Skąd pomysł na wzięcie udziału w tym wydarzeniu?

    Dwa lata temu wystartowałem, aby zobaczyć, jak to wygląda. Niestety, wtedy nie udało mi się nawet dopłynąć do mety. W tamtej chwili podjąłem decyzję, że muszę się przygotować i wystartować jeszcze raz.

    Jak wyglądały przygotowania?

    Przygotowania trwały dwa lata. Najpierw sprzętowe. To były godziny pracy, testów ustawień, aby dopasować najlepsze parametry pracy silnika i układu napędowego. Następnie przyszedł czas na przygotowanie organizmu. Siłownia, fizjoterapia raz w tygodniu, witaminy, wszystkie badania pod ścisłą opieką lekarzy.

    W jakiej klasie pan startował? Które miejsca zajął w poszczególnych etapach?

    Startowałem w klasie open. Zostałem z automatu zakwalifikowany do tej grupy, ponieważ mój skuter posiada kompresor. Niestety, nie miałem dodatkowej linii paliwowej (dodatkowy bak paliwa 150 litrów z tyłu skutera, z automatyczna pompką), co skutkowało tankowniami z brzegu. Zajmowało to średnio 20 minut dziennie. Przez 5 dni straciliśmy na tankowaniu 100 minut, podczas gdy do najlepszego zawodnika miałem stratę… 135 minut. W generalce, po pięciu etapach, zająłem 7. miejsce na 14 ekip startujących w mojej klasie i pierwsze po linach paliwowych. Na etapach, które nie wymagały tankowania, udało mi się zająć 4. miejsce.

    Jest pan z siebie zadowolony czy pozostał pewien niedosyt?

    Jestem bardzo zadowolony. Zrealizowałem jedno z większych marzeń, opłynąłem Polskę od Krakowa do Gdańska, całe wybrzeże oraz Odrę w górę. To było naprawdę duże wyzwanie podzielone na pięć etapów. Dziękuję rodzinie, która mnie wspierała na każdym etapie, oraz Piotrkowi Kępie, który był moim kierowcą serwisantem. Dbał o sprzęt oraz o mnie, aby wszystko było zawsze na czas. A niedosyt zawsze pozostaje. Tak działa adrenalina.

    Na czym polega i jak wygląda ten rajd?

    Mistrzostwa Polski w skuterach wodnych porównywane są do Dakaru, tylko że na wodzie. W tym roku mieliśmy pięć odcinków: Płock-Włocławek-Płock-Włocławek, Włocławek-Grudziądz-Trójmiasto-Mechelinki, Offshorts – 3 rundy po 15 kilometrów na zatoce, Mechelinki-Hel-Darłowo oraz Darłowo-Szczecin-Gryfino. Start zawsze o 10.00, po odprawie. Za mną lądem jechał Piotrek, który śledził mnie na GPS. Dzwonił co 30 minut, czy wszystko jest dobrze. Spalanie wynosi około 85 litrów na godzinę, na morzu około 50 litrów, więc mój kierowca miał co robić. Po rajdzie szybki posiłek i przegląd całego sprzętu. Należało sprawdzać wszystkie rzeczy, które w trakcie mogą się popsuć. To pomogło wyeliminować wszelkie awarie, a to bardzo ważny element całej układanki. Etap kończyliśmy około 24.00. Odpoczynek, sen, rano śniadanie, plastry na kręgosłup, wodowanie, odprawa i kolejny etap.

    Co było najtrudniejsze w tych mistrzostwach?

    Bardzo dużo czynników zewnętrznych, na które nie mieliśmy wpływu. Ogromny wysiłek dla sprzętu oraz fizyczny i psychiczny dla zawodnika. Miałem chwile zwątpienia fizycznego.

    A co dało najwięcej frajdy?

    To że udało się przepłynąć całość bez awarii. To ogromny prestiż. Przy okazji udało się zająć bardzo dobre miejsce.

    W przyszłym roku też pan wystartuje?

    Tak, ale pod warunkiem, że zostanie zrobiona oddzielna klasa bez linii paliwowych, aby mieć równe szanse dla wszystkich. W tym roku mam jeszcze dwa starty w mistrzostwach polskich, ale już na jeziorach.

    Jakie marzenia?

    Zbudowanie mocnej marki jestskicamp.pl, która zjednoczy środowisko skuterów wodnych oraz poprawi bezpieczeństwo. Jestem również w trakcie rejestracji fundacji sportów ekstremalnych i turystyki, dzięki której będę mógł poszerzyć zakres działań. Na przykład na koniec sierpnia razem z PTC Jantoń chcemy zorganizować szkolenie na wodzie dla najmłodszych członków z naszej grupy, aby pokazać inny świat i pasje. To są moje najbliższe marzenia na kolejne lata.

    Czego wypada panu życzyć?

    Przede wszystkim zdrowia, bo to jest najważniejsze. Chyba też wytrwałości, bo w Polsce jest bardzo trudno prowadzić działalność fundacyjną. A reszta przyjdzie sama…

    rozmawiała: Klaudia Kardas

    foto: zbiory własne

    Udostępnij

    Jeden komentarz

    Możliwość komentowania została wyłączona.