Nasz poczciwy Spółdzielczy Dom Handlowy „Trzy Korony” skończył właśnie 50 lat.
Uroczyste otwarcie SDH nastąpiło 5 grudnia 1975 roku. Dyrektorem został Zenon Spychalski, a jego zastępcą Eugeniusz Matyniak. Obsługa liczyła około 150 osób, począwszy od sprzedawców, pracowników biurowych, magazynierów, portierów, sprzątaczek i palaczy kotłowni.
Swoimi wspomnieniami z tej okazji dzieli się z naszymi Czytelnikami Włodzimierz Kuliberda, były szef pracowni dekoratorskiej SDH.
Przy okazji 50. rocznicy pabianickiego SDH-u wspominam głównie działania pracowni dekoratorskiej, której zostałem szefem. W pracowni zaczynali Jerzy Kruszyński i Marek Szymański. Dekoratorzy wyróżniający się kreatywnością i najdłuższej działający w pracowni to: Sławomir Łuczyński – dzisiaj znany w kraju i w świecie rysownik, karykaturzysta i ilustrator, malarz i rzeźbiarz; Zbigniew Libera – dzisiaj autor instalacji i wideoinstalacji, fotografik i performer, twórca obiektów artystycznych; Barbara Śliz – utalentowana rysowniczka, obdarzona wyjątkowymi zdolnościami manualnymi.


Wszystkie dekoracje umieszczano w wydzielonej przestrzeni wzdłuż szyb okiennych wokół całego budynku. Od strony sklepu były ścianki. Wchodzili tam tylko dekoratorzy. Miałem klucze do wejść. Towar na wystawie był w ten sposób zabezpieczony przed dewastacją czy kradzieżą. Za wszystkie towary na oknach odpowiadałem materialnie.
Pieniędzy na materiały do dekoracji nie żałowano. Kupiłem nawet od likwidującej się firmy odzieżowej około dwudziestu manekinów, dałem je do renowacji i już na oknach mieliśmy ponad trzydzieści, co zdecydowanie wzbogacało ekspozycje. Bez ograniczeń zaopatrywałem też pracownię w niezbędne do naszej pracy materiały. Coraz częściej potrzebna była fotograficzna dokumentacja z uroczystości, kiermaszy, wystroju okien i wnętrz zarówno u nas, jak i w łódzkim Centralu. Otrzymałem pozwolenie na urządzenie ciemni fotograficznej; zakupiłem więc aparat i sprzęt do wywoływania zdjęć.
Na obu kondygnacjach domu handlowego przy Kilińskiego zawsze robiliśmy wystrój odpowiedni do pory roku. To było nie mniej ważne jak ekspozycja na oknach wystawowych, bo stworzony dekoracjami klimat zdecydowanie przyciągał klientów. Widziałem, jak kupujący przechadzają się po sali i nie tylko stoiska mają na uwadze, ale i wystawki klimatyczne. Pracy mieliśmy dużo, bo nie tylko okna sezonowe, ale dekoracja wnętrza, licznie urządzane stoiska z „nowinkami”, a dodatkowo kiermasze na zewnątrz gmachu. Ludzi zawsze dużo, bo na kiermasze „rzucano” towary, które nieczęsto można było dostać w sklepach.
Pod koniec lat 70. zaopatrzenie w towary było jeszcze niezłe i robiło wrażenie, zwłaszcza na przyjezdnych spod Pabianic. Na oknach wystawowych umieszczaliśmy towary jakie chcieliśmy, bo w zasadzie nie było ograniczeń, a dyrektorzy SDH doceniali znaczenie reklamy i wiedzieli, że atrakcyjne ekspozycje przyciągają klientów, a to generuje dużą sprzedaż i, co za tym idzie, zyski. Nasz dom handlowy znany był z dobrego zaopatrzenia i pięknych wystaw nie tylko w Pabianicach i miejscowościach ościennych, ale i w Polsce. Na parking przed SDH podjeżdżały pełne klientów autokary z różnych stron kraju. Okna zmienialiśmy w zasadzie w każdym sezonie, ale zdarzało się, że niektóre ciągi wymienialiśmy częściej, bo albo przyszedł nowy towar, albo skończył się ten wystawiony.
Nasz dom handlowy prezentował się naprawdę pięknie. Dyrekcja dbała nie tylko o zaopatrzenie i dekoracje, ale także o czystość całego obiektu. Najtrudniej było z czystością obudowy aluminiowej na elewacji, ale i temu zaradzono. Przyjeżdżała co jakiś czas grupa alpinistów i czyściła elewację środkami chemicznymi; ustawiali na dachu gmachu specjalny wysięgnik i na siodełkach, w kaskach i zabezpieczeni jeszcze linami z uprzężami, zjeżdżali z góry na dół i z dołu do góry i myli każdy element. Te aluminiowe kwadraty aż błyszczały.


Też wielokrotnie wchodziłem na dach, bo po przygotowaniu dekoracji na uroczystości państwowe musiałem je zamieścić wysoko. To były kilkumetrowej wielkości plansze zawieszone z dachu i mniejsze plansze zawieszane na blachę falistą, która okalała cały budynek handlowy na zadaszeniu.
Muszę nieco napisać o sytuacji gospodarczej w kraju, bo nie przechodziły te lata bez problemów w pracy. W połowie lat 70. sytuacja gospodarcza była niemal katastrofalna, a zaopatrzenie fatalne. Już nie tylko artykuły spożywcze znikały ze sklepowych półek, ale i przemysłowe. Rosły za to kolejki. Tworzono listy społeczne, na które wpisywali się kolejkowicze oczekujący niejednokrotnie całe noce na dostawę towarów. Przed SDH-em, który jeszcze zaopatrywano nieco lepiej niż sklepy w mieście, stały codziennie tłumy. Parapety wzdłuż wszystkich okien obsiadali zmęczeni staniem ludzie, w większości starsze kobiety.
Pracowaliśmy na oknach, ale nieźle musieliśmy się nagłowić, by zapełnić witryny, bo mniej było towaru. Niektóre ubrania, pobrane jeszcze przed stanem wojennym do dekoracji, pozostawały na manekinach prawie dwa lata i tylko je przesuwaliśmy w inne miejsca, dawaliśmy inne dodatki i otaczaliśmy nową dekoracją z kartonów, sztucznych kwiatów, tkaniny itp.
W czasie stanu wojennego przedziwne rzeczy działy się w SDH-u. Ciężko było cokolwiek kupić, ludzie okupowali sklep nawet nocami. Rano pracownicy SDH schodzili na dół, usiłując pilnować porządku przy wejściach po otwarciu drzwi. Kiedy je otwierano, ludzie, wpadając przez to wąskie przejście na salę, bili się, rozbiegali w różnych kierunkach, podkładali sobie nogi, żeby ktoś inny nie był pierwszy. Staruszki i inwalidzi konkurowali w biegach i siłowych starciach z młodymi. Takich akcji było wiele i trzeba było co miesiąc wymieniać powyginane drzwi, a doraźna brygada ślusarska mocowała na drzwiach uchwyty na kłódki, żeby można było zamknąć SDH.
Atmosfera w pracy pogarszała się z roku na rok, także z przyczyn niezależnych od Społem. Nasz dom handlowy nadal był dość dobrze zaopatrzony w towary, ale zyski spadały, bo ludzie ubożeli i nie było już takiego popytu jak przed 1990 rokiem. Bodajże w czerwcu 1996 zarząd PSS postanowił wynająć pomieszczenie, w którym mieściła się nasza pracownia. Uruchomiono punkt usługowy Centrum Reklamy, oferując wydruki i ksero. Okien już nie robiono i nasze ostatnie dekoracje zostały chyba dłużej niż dwa sezony. Ledwo przeszliśmy na Reymonta, a już zaczęto demontować witryny w SDH, przeznaczając powierzchnię na usługi – gastronomiczne, bankowe itp.


Czara się przepełniła. Złożyłem wymówienie. Od grudnia 1996 byłem wolny. Można powiedzieć, że byłem w handlu pierwszym dekoratorem i… ostatnim.
Sprawa SDH to zawsze temat, który rozpala do czerwoności. Ja to może mam bzika na tym punkcie, bo najpiękniejsze 21 lat mego życia przepracowałem w tym gmachu uważanym za „straszydło”.
Dzisiaj pabianiczanie wypowiadają się o SDH-u, że jest brudny i straszy, więc trzeba go zburzyć. Nie straszył wiele lat, bo był czysty, aż błyszczał. Nie bez szkody jest też likwidacja okien wystawowych, bo one sprawiały, że bryła budynku była optycznie lżejsza. Oświetlenie i kolorystyka dekoracji zdecydowanie upiększały. Teraz są punkty z jedzeniem, reklamy i zakryte całe połacie szyb. Widoczne wnętrze jest jak wgląd do magazynu z towarami. A jeszcze organizacja handlu w środku; poustawiane stoiska ze swoimi ściankami zaciemniły sklep i jest ponuro. To mi przypomina rynek z kramami, a nie nowoczesny sklep. Jedynie stoisko spożywcze wygląda przyzwoicie. Przez takie „zaniedbanie” nie chce się wchodzić do środka. Większa część powierzchni jest wynajmowana.
Nie trzeba niszczyć wszystkiego co stare, wystarczy UNOWOCZEŚNIĆ, ZADBAĆ o wygląd zgodny z duchem czasów – teraz mamy inne wymagania niż w tamtych ciężkich latach i trzeba nadążać ze zmianami, a nie gnuśnieć. Nawet z kompletnej ruiny tworzy się dzisiaj piękne obiekty, np. z ruiny naszych fabryk. Z tego „straszydła” też może powstać galeria handlowa czy centrum rozrywki. Sprawa rozbija się nie tylko o brak funduszy na modernizację, ale i o ludzi, którzy zarządzają w Społem.
Włodzimierz Kuliberda,
były szef pracowni dekoratorskiej
foto: zbiory własne



